Polski | English

Michał Chudzicki
Okno 12. 02 2010 – 01.03.2010 Otwarcie godz. 18.00 Art Agenda Nova Kochanowskiego 10

2010-02-12  -  2010-03-01
NORMAN LETO gościnnie/10.12.2009 - 14.02.2010 /Tomek Kowalski
...
Bartosz Kokosiński

2010-03-05  -  2010-04-06
12.11.2009 godz. 19.00 GENDERQUEER/HOSTIA, Krawczyk&Kubiak, Junge Polnische Malerei III bei Bestregarts, Frankfurt nad Menem
Wojtek Kubiak i Lidia Krawczyk współpracują od ...
Łukasz Surowiec

2010-04-09  -  2010-05-12
Norman Leto: Dwa nagrania video i cztery screenshoty zrobione w przestrzeni VR w Galerii Arsenał w Białymstoku Od 6 listopada 2009 do 6 grudnia 2009
Choć na pierwszy rzut oka trudno w to uwierzyć, ...

NORMAN LETO

urodzony 1980 roku

Jego prace zostały zakupione do wielu kolekcji w kraju i zagranicą, m.in.
CSW Zamku Ujazdowskiego,
Muzeum Narodowego w Krakowie,
Galerii Arsenał w Białymstoku,
Kolekcji Banku ING.

wystawy indywidualne:

2007     Piosenka Buttes Monteaux wraz z klipem i trzy obrazy olejne, art agenda nova, Kraków
2007     negatywne skutki nadmiernej wolności w wieku lat 26. Malarstwo, Portrety centrum sztuki współczesnej,
             zamek ujazdowski, warszawa
2007     jestem ciepły i spokojny nie muszę się już dłużej ukrywać, klub folia concept, kraków

wystawy zbiorowe:

2009     power games & violence, Haifa Museum of Art, Izrael
2009     sprzedam połowę bliźniaka, Normal Leto & Konrad Smoleński, Miejska Galeria Sztuki "Arsenał", Poznań
2008     establishment (jako żródło cierpień), centrum sztuki współczesnej zamek ujazdowski, warszawa
2008     blankly perfect summer, New Media Artists, verexList, Nowy Jork, USA
2007     biennale młodej sztuki europejskiej w Paryżu, „jeune création européene”, france
2007     przegląd sztuki filmowej vol.3, centrum sztuki filmowej “silesia”, katowice

wybrane publikacje:

1999     Computer Arts magazine (UK)
2003     Chew on this Magazine, #14(2003); Clayface; (ISSN 1552-4388)
2007     Exklusiv #49, 02/2007; Trzy razy z Normanem; (ISSN 1731-6642)
2008     "Norman Leto"; Magazyn Kultura, 12/2007

filmografia:

2003     Tyle w Tobie Chemii (You Are so drugfilled) (~15 min, cz/b, DV)
2005     Umieraj, młody geniuszu (Young genius) (~1 min, cz/b, DV), Muzyka: Norman Leto
2005     Media Documentary (~20 min, kolor,DV)
2006     Kochanek Szkoły 1994, School Lover 94 (~5 min, kolor, DV)
2006     Resistenza (~50 min, kolor, DV)
2006     Portrety (~5 min, cz/b, DV, symulacja fizyczna)
2006     Projekt Poduszki powietrznej dla ukochanej osoby (Airbag for my love) (~5 min, cz/b, DV, symulacja
             fizyczna)
2007-2008     Krystian Lupa: Fabryka (dokument) (~120min, kolor, DV)°
2008     Violetta Villas ( - )°

° filmy w trakcie realizacji, tytuły robocze



www.obieg.pl
Kurator musi grzecznie dreptać przy boku artysty
Na marginesie wystawy "Establishment" z Marcinem Krasnym rozmawia Norman Leto.

Norman Leto: Czy nie obawiasz się zarzutu, że będzie to kolejna, tłoczona seryjnie duża wystawa "młodych obiecujących", która zadziwiająco szybko rozejdzie się po kościach? Balon do przekłucia z napisem ESTABLISHMENT. Piłuję w tej chwili gałąź, na której siedzę.

Marcin Krasny: Tak, oczywiście, mam wątpliwości co do tego, że jest to kolejna po "Scenie 2000", "Rzeczywiście, młodzi są realistami", "novart.pl" i "Popelicie" wystawa sumująca doświadczenia jednej grupy osób, którą tak naprawdę poza tą wystawą niewiele łączy. Nie jest to może zbyt kreatywny ani nowatorski model ekspozycji - wymagający od kuratora żonglerki znaczeniami prac, konfrontowania ich ze sobą i wyciągania precyzyjnych wniosków - ale będę się upierał przy tym, że pozostaje on nadal niezmiernie ciekawy. Bardzo mnie w nim pociąga ten właśnie brak ograniczeń sprawiający, że "Establishment" jest w gruncie rzeczy zbiorem indywidualnych wystaw artystów, których prace są najbardziej fascynujące lub, jeśli wolisz - które najbardziej mnie fascynują. To właśnie jest powodem, dla którego zaangażowałem się w tę wystawę mimo tego, że nie ma ona jednej spójnej narracji ani nie podejmuje jednego, zawężonego zagadnienia. Chciałbym zarazić tą fascynacją innych.

Postanowiliśmy ze Stachem, że "Establishment" będzie prezentacją prac, ale zarazem artystów stojących za nimi. Stąd właśnie tyle wywiadów w katalogu i obecność na ekspozycji materiałów, które można by nazwać "dokumentacją inspiracji" każdej z obecnych tam osób. Chcemy pokazać to, z czym publiczność rzadko ma do czynienia, czyli indywidualne osobowości, które same w sobie są fascynujące. Dzieła i ich autorzy są przecież w naszej pracy nierozerwalni.

Zupełnie nie obawiam się natomiast tego, że wystawa rozejdzie się po kościach. O prezentacjach, których tytuły wymieniłem nadal się mówi. W encyklopedii "Tekstylia" to są chyba nieliczne wystawy, które mają odrębne hasła. Myślę więc, że nie musisz się obawiać, że podcinasz swoją gałąź. Chyba raczej ją wzmacniasz.

Czasem postrzegam to tak: opiniotwórczy kurator lub kolekcjoner jako kreator sytuacji na rynku sztuki, artyści jako wybieralne tubki z farbą, materiał ludzki, który kurator rozsmarowuje po rynku i miesza według własnego poczucia kompozycji. Zgadzasz się?

Muszę zaznaczyć, że jeśli mówimy o rozsmarowaniu, to nie tyle po rynku, ile po świadomości odbiorców, pracujemy bowiem w niekomercyjnej instytucji, a mówiąc szumnie - Narodowej Instytucji Kultury, która wpływa z pewnością na rynek sztuki, lecz w nim bezpośrednio nie uczestniczy.

Co do własnego poczucia kompozycji, to oczywiście zawsze musi być ktoś, kto selekcjonuje informacje, aby przekazać je dalej. Nawet Google wyświetla wyniki wyszukiwań wedle kryterium częstotliwości odwiedzania stron. Nasze zadanie jest jednak nieco inne, niż internetowej wyszukiwarki, musimy się więc kierować własnymi kryteriami, inaczej w Zamku królowały by zapewne wystawy takich artystów, jak Siudmak i Duda-Gracz. "Establishment" jest jednak, jak sądzę, najlepszym dowodem na to, że nasze zainteresowania artystyczne są bardzo szerokie. Trudno przecież wyobrazić sobie wystawę tematyczną, w której występowaliby obok siebie tak różni twórcy, jak Tomek Mróz i - na przykład - Łukasz Jastrubczak. To są zupełnie inne modele sztuki, odmienne sfery zainteresowań, światopogląd, różne media i środki wyrazu. Wydaje się nam jednak, że obydwa są godne zainteresowania, mimo tak wielu różnic.

A zatem tak, oczywiście, że mieszamy i rozsmarowujemy. Ktoś to przecież musi robić.

Jak widzisz możliwość wybrnięcia z tego nudnego schematu budowania coraz lepiej rozpoznawalnego wizerunku twórcy, kultu nazwiska, organizowania kolejnych wystaw w ten sam sposób? Czy w ogóle chciałbyś wyjść z tego schematu? Wiem, że tak po prostu się to wszystko kręci. Kolejna wystawa, dziennikarze, kolejna garść młodych żołnierzy dzielnie pchających to wszystko do przodu. Bądź co bądź funkcjonujemy na płaszczyźnie sztuki, czyli jednej z niewielu dziedzin, w której teoretycznie panuje niespotykana swoboda; a jednak często się to trwoni.

Tak, całkowicie się zgadzam, że sztuka przez swój brak definicji jest w takim stopniu niekonwencjonalna, że trudno się w jej wypadku pogodzić z czymś tak schematycznym, jak choćby pojęcie wystawy. Ciekawie ostatnio o tym opowiadał Sebastian Cichocki w rozmowie z Jakubem Banasiakiem na stronie www.krytykant.pl. Sebastian deklarował również znudzenie wystawami tematycznymi, postulując niekonwencjonalne projekty o konceptualnym rodowodzie. Ten sposób myślenia mocno działa na wyobraźnię, przynajmniej moją, jednak "kolejna wystawa, dziennikarze, kolejna garść młodych żołnierzy dzielnie pchających to wszystko do przodu" - to wszystko również jest potrzebne do funkcjonowania sceny artystycznej. W innym wypadku zostałaby ona zepchnięta na margines i rację mieliby ci, którzy non stop powtarzają, że sztuka to tylko ciekawostka dla garści hobbystów.

Stale się natomiast zastanawiam, jak z tego schematu uciec, choć zdaję sobie sprawę z tego, że dotąd nie osiągnąłem na tym polu zbyt dużych sukcesów. Masz jakiś pomysł?

Szczerze mówiąc, niespecjalnie interesuje się rynkiem i jego zasadami, ale wydaje mi się, że byłoby zabawniej, gdyby zacząć od rozpierdolenia - za przeproszeniem, ale to bardzo twarda rzecz - kultu nazwiska. Takie jest moje zdanie. Wprowadzić szum, podmieniać nazwiska, bawić się w wywiadach, jak dziecko, w kłamstwo i w szczerość i tak dalej. Po prostu na masową skalę rozpuszczać kloc indywidualnego nazwiska lub grupy - to droga do wyrzucenia balastu i zmuszenia historyków sztuki i kolekcjonerów do szukania nowych metod pracy. To moje myślenie po omacku, za dużo w tym wszystkim dorosłości i rozumu. Gdybym był kuratorem dążyłbym do tego, ale oczywiście wtedy w takiej instytucji ryzykujesz posadę. Jak Ci się tu pracuje? Dyrekcja patrzy.

Skoro patrzy, to oczywiście pracuje mi się tu przyjemnie i sumiennie [śmiech]. Co do strategii rozmywania indywidualności i fałszowania tropów historykom sztuki, to raczej jest to domeną artystów, nie kuratorów. To zależy od decyzji, którą kurator może jedynie poprzeć i egzekwować. Nie wyobrażam sobie, żebym miał podmienić nazwisko artysty, którego prezentuję, bez jego wiedzy. Nazwisko jest elementem metkowania prac i ich szufladkowania, ale jest to element języka i jako taki bardzo ułatwia komunikację. Przybierając pseudonim zmieniasz tym samym, przynajmniej symbolicznie, swoją tożsamość. W twoim wypadku tożsamość artystyczną. Realizujesz prace inne niż te, które robiłeś jako - na przykład - Jan Kowalski.

Rozumiem jednak, że za twoim postulatem stoi potrzeba skupienia się na konkretnych pracach, a nie ich autorach. Że idea prezentacji poglądów i inspiracji artystów na "Establishmencie" nie ma większego sensu, ponieważ "po stworzeniu dzieła autor może już umrzeć". Dobrze to zrozumiałem? Jeśli tak, to nie do końca się z tym zgadzam.

Ja tylko mam na myśli zabawę i przemiał w tej piaskownicy, w której wolno więcej, niż nam się wydaje. Kurator też ma prawo do rozrywki i rzeźbienia wbrew własnej logice, niekoniecznie bez wiedzy artystów [uśmiech]. Dziwnie się czuję w roli stereotypowego dziennikarza, zadając te znane z gazet pytania, ale to przyjemne, to coś nowego: jakie macie plany po "Establishmencie"?

Co do zabawy, to oczywiście się zgadzam. Brak konwencji lub żonglerka nimi to pierwsze co kojarzy mi się ze słowem "sztuka", jednak kurator nie może sobie zbyt mocno w tej kwestii pofolgować. Kurator nie tworzy znaczeń, lecz je odtwarza za artystą, czy raczej za jego pracą. Krytyk - to już inna sprawa. Krytyk nie musi iść równolegle z artystą, może go wymijać, krążyć wokół niego, a nawet przed niego wybiegać. Kurator zaś musi grzecznie dreptać przy jego boku.

Jeśli zaś chodzi o nasze plany na przyszłość, to mamy jeszcze w planach jeden wspólny projekt - wystawę problemową, natomiast sam chciałbym zrealizować coś, o czym pisałem ci wcześniej: wystawę zbiorową bez stałego miejsca ekspozycji. Na razie jednak wszystkich nas pochłania "Establishment".

Cholerne podziały. Kurator, Krytyk, Kolekcjoner, Artysta. To skomplikowane i po głębszym zastanowieniu te podziały nie mieszczą mi się w głowie, mieszają się w polimorficzną nową rzecz, bez nazwy.

To tylko nazwy. Moim zdaniem język nigdy nie sprosta rzeczywistości. Może prawdziwy establishment tworzą właśnie ci, którym się wydaje, że jeśli coś nie ma nazwy, to nie istnieje.

Jak współpracowało się wam przy "Establishmencie", w tandemie?

Świetnie. Gdyby kompromis nie istniał, należałoby go wymyślić.



fragmenty książki:

75% życia to udawanie. Znałem człowieka, który osiągnął 100%. Wyobraźcie sobie, że w okresie 1996-1998 ten smukły dwudziestosiedmiolatek wyjechał na górny taras wieży Eiffla ponad pięćset razy. Jako nastolatek, niczego nieświadom dwukrotnie mu w tym towarzyszyłem. Pomyślcie: Pięćset razy w ciągu dwóch lat. Bynajmniej nie w celach krajoznawczych.

3.7

Następnego dnia, wieczorem, poszliśmy na spotkanie z jej znajomymi.

Każda rozmowa na temat polityki, na temat tego, co było dzisiaj na obiad, od jakiegoś czasu okazywała się dla mnie fizycznym bólem. Powoli wycofywałem się z życia towarzyskiego, żałując potencjału, jaki kryje się w normalnych rozmowach o sprawach codziennych. Przyszedł okres, w którym z autentycznym żalem uznałem je za całkowicie pozbawione polotu. By uniknąć wielu niezręcznych sytuacji, w których wikłany byłem ten rodzaj rozmów lub spotkań (rozmów, o których na zawsze zapominamy po pięciu minutach od zakończenia), brałem pod uwagę poświęcenie narządu mowy, której używałem tak rzadko. Do tego stopnia, że bez trudu poradziłbym sobie tabliczką i ścieralnym flamastrem. Tak, przyznaję z najgłębszym wstydem, że pojawiały się niezręcznie płaczliwie noce, podczas których myślałem o operacji, którą naiwnie wyobrażałem sobie jako podwiązanie strun głosowych. Przedsięwziąłem nawet wstępne kroki, ale znajomy lekarz uświadomił mi jak bardzo skomplikowany i ryzykowny (paradoksalnie) byłby zabieg odebrania mowy.

Siedziałem więc na spotkaniach, zagadkowo się uśmiechając, myśląc o wymienionych wcześniej ponurych sprawach, dla depresyjnych sprawiając wrażenie intrygującego, a dla wodzirejów nudziarza, podczas gdy Ci właśnie zapierdalali zręcznie o tym jak minęła podróż, o tym kto rządzi w ich mieście, o tym że południową część kraju nawiedziła powódź, o tym że Elieen właśnie zatrudniono w telewizji a Toma w pobliskim markecie. Boże, tak strasznie, z niewiadomych powodów i od bardzo dawna, tak cholernie nie widziałem celu we wszystkich tych tzw. rozmowach towarzyskich. Nie było też we mnie złośliwości, ciężkiej melancholii lub zażenowania. Zarządzić od teraz cztery godziny ciszy, gdzie wszyscy jedynie na siebie patrzą. Ale rozmawiali. Więc chciałem, żeby na głos rozmawiali o tym, od jak dawna Elieen nie leczy jej sławetnych natręctw dotyczących ##### i móc jawnie zapytać, czy zdrada, jakiej dopuściła się rok temu na swoim garbatym mężu była efektem ich usychającego życia seksualnego. Boże, czym znów są te nasze "prywatne sprawy"? Chciałem zadać pytanie Tomowi, jak myśli - o czym właśnie myślę ja i jak postrzegam nas wszystkich przy stole i co myślę o każdym z osobna, ale nie miałem odwagi, zrażony pewnym przykrym incydentem, podczas którego ze zrozumiałych względów wyszedłem na idiotę. Sam czuję obrzydzenie do uporczywego intelektualizmu, co wywołuje zdwojone rozszczepienie i w efekcie jeszcze dziwniejsze marzenia na jawie. Elieen, gdzie Twoje dolary? Tom, czy to prawda, że w młodości zjeżdżałeś na swoim garbie wzdłuż wyślizganego zbocza nieco szybciej niż Twoi koledzy na reklamówkach? Mam na myśli ferie. Nie, nie obrażaj się. Znajdź coś symetrycznego na mnie i szukajmy poważnych spraw w takiej rozmowie. Nie rozumiesz, to nie złośliwość. Niemal wszystkie rozmowy, w których uczestniczę ślizgają się po nudnej tafli konwenansu i stereotypowych tematów, podczas gdy dopiero pod spodem kryje się ocean wypełniony opalizującymi skarbami dotyczącymi poszczególnych łyżwiarzy! Kurwa mać, pomyśl, jak odświeżające byłyby napięte i aż do granic wytrzymałości trzeszczące rozmowy dotyczące każdego z nas z osobna, krzyżujące się, kontrolowane agresją i tak dalej. Patrz. Moja nieuzgodniona próba zanurkowania kończy się aferą.

3.8

Są ludzie, którzy zagłuszają wstyd samozaspokajania odkręcaniem kurka tak, by uderzająca strużka weszła w wibrację z planszą wody, wibrację głośną do tego stopnia, że ginęło nawet ciche nucenie. Ale nie ja: W tamtym okresie te sprawy były kompletnie poza zakresem moich wewnętrznych obowiązków. Notowałem za to inne, bo byłem bardziej ludzki niż ktokolwiek. Nadchodził okres wystaw, więc udając wystawiającego artystę, sumiennie dbałem o to, by czuć radość z wykonywanej pracy. Ten stan trwał od roku 1999. Znasz uczucie pisania od razu na czysto? Przypomnij sobie wyraźny opór tego uczucia i opanuj go. Zostaw poprawianie naukowcom i rzemieślnikom, w naszej branży możesz się rozluźnić. Rozluźnić.

INT. PRACOWNIA - NOC

NORMAN MALUJE W MILCZENIU ZWRÓCONY PLECAMI DO KOLEGI SIEDZĄCEGO ZA NIM.

zzzzy (V.O)

Za każdym razem – gdy Norman tylko czuł, że zbliżamy się do niewygodnego tematu, kutas bezbłędnie wyprowadzał mnie na manowce.

zzzzy WYCHODZI, NORMAN UDAJE, ŻE MALUJE.

W TELEWIZORZE STOJĄCYM NA PODŁODZE EMITOWANY JEST AKURAT WYWIAD Z DZIEWCZYNKĄ W WIEKU LAT OŚMIU, UZNANĄ (W SPOSÓB WZBUDZAJĄCY POWSZECHNE OBURZENIE) ZA NAJMŁODSZĄ ARTYSTKĘ NOWEGO POKOLENIA. WYWIAD Z RACJI WIEKU MAŁEJ PRZEBIEGA DOSYĆ DZIWACZNIE. NORMAN NA MOMENT WSTRZYMUJE PRACĘ I OGLĄDA.

INT. KUCHNIA - DZIEŃ (TV)

DZIENNIKARZ OD JAKIEGOŚ CZASU ROZMAWIA Z DZIECKIEM.

DZIENNIKARZ
Jak Twoi koledzy w reagują na to wszystko?

ALICJA
To znaczy?

DZIENNIKARZ
Twoje sukcesy. Piszą o Tobie w najważniejszych magazynach.

ALICJA
///Naturalna reakcja inteligentnego dziecka

DZIENNIKARZ
Nie jestem pewien, czy mogę zapytać: Co zamierzasz zrobić z tak dużymi pieniędzmi? Jak myślisz, co mogłabyś sobie kupić za jedną sprzedaną rzecz?

ALICJA
///Naturalna reakcja dziecka:
Czy mogę prosić o jakieś mądrzejsze pytanie?
[Śmiech dziennikarza]

DZIENNIKARZ
Jakie masz plany na ten miesiąc?

///Naturalna reakcja dziecka

ALICJA
Błagam Cię. Chcesz eksperymentu. A ja nie Albinos.

Norman, zaskoczony inteligencją małej, wraca zamyślony do pracy, nie wiedział wtedy jeszcze, że kiedyś ich drogi się skrzyżują.

[JESTEŚMY INNI I SPIERDALAJCIE. SAMYM SPOSOBEM MYŚLENIA JUŻ WAS ŻENUJEMY. POPATRZ NA TĄ WYJEBANĄ PRZEZ NORMALNOŚĆ OŚMIORNICĘ O NIEOGRANICZONEJ LICZBIE NÓG.]
Co dzieje się z szeroko pojętym artystą, gdy zrozumie, że nieprzewidywalność i w intuicyjne twórcze niepohamowanie jest kluczem do wszystkiego. Gdy otworzy się całkowicie na te dwa aspekty, gdy odniesie dzięki temu tak zwany sukces i co, gdy nasiąknięty w nieludzko skuteczną falą braku zasad napotka nagle niezwykle prostą i uporczywą myśl – na przykład o uduszeniu własnej żony. Myśl pojawiająca się okrutnie jak moje zmrażające #### zza rogu, gdy byliśmy hasającymi po klatce schodowej dziećmi. Ofiara czegoś, co naukowcy klasyfikują jako podręcznikowa nerwica, a niektórzy pacjenci jako koszmar nie do zniesienia.




NORMAN LETO

W 2006 roku zacząłem robić film o fikcyjnym, młodym, nieżyjącym już artyście nazwiskiem Norman Leto; ze względu na to, że nigdy nie chciałem wykorzystywać aktorów i wcieliłem się w jego rolę osobiście, historia zrobiła się autobiograficzna, niektórzy wrażliwi recenzenci mieli rację: Łukasz Banach, w podstępny psychologiczny sposób próbuje się pozbyć tych rzeczy, które tworzą problemy w nim samym poprzez wykreowanie alternatywnej wersji jego samego, zdejmując to z własnej osoby. Jakiś czas potem organizowałem wystawę prac Normana Leto wraz z projekcją filmu w CSW w Warszawie(Norman Leto: negatywne skutki nadmiernej wolności w wieku lat 26, styczeń 2007), wspomagane obszernym wywiadem w jednym z polskich magazynów poświęconych sztuce, przeprowadzonym przez dziennikarkę , która potem chciała mnie zabić za to oszustwo. Gdyż jej zdaniem było to oszustwo, a dla mnie - nie. Traktuję Normana Leto jako obiekt lub część mnie samego - część, która prawdopodobnie niedługo zginie; wydaje mi się, że wtedy umieszczę Normana Leto w CV jako jedną z moich prac konceptualnych datowaną na 2007.

W 2007 roku byłem zainteresowany głównie konceptualizmem i video. W 2008 chcę stworzyć serię wielkoformatowych obrazów, jednakże najbardziej ze wszystkiego jestem zainteresowany mariażem technologii rzeczywistości wirtualnej ze sztuką (adaptacją rzeczywistości wirtualnej do celów sztuki).

Obecnie wydaje mi się ze tworze sztukę o sobie, zwaną „ autobiograficzną, ze skupieniem się na filozofii i psychologii”(nie jest to moje sformułowanie), o moich nierozwiązanych problemach wewnętrznych i głównie moim otoczeniu. Nie mogę koncentrować się na tym, co na zewnątrz, przynajmniej nie teraz. Po prostu nie mogę. Mam świadomość tego, że mogę się poślizgnąć na malowaniu wielu rzeczy formalnie – czasem bardzo gładko, prawie fotograficznie ludzi, których kocham lub nienawidzę, lub ludzi, którzy kochają lub nienawidzą mnie; - czasem maluję bardzo szybko – podmiot determinuje formę, zawsze próbuje wybrać najlepszy rodzaj ekspresji i medium dla konkretnego podmiotu. Wszystko sprowadza się do medium. Kiedy trzeba, tworzę piosenki (Tramal song, 2006 – również umieszczona w CV jako obiekt; nie jestem muzykiem), a ostatnio napisałem kilka komputerowych skryptów generujących drzewa zależności, które pozwalają na tworzenie autoportretów jako „ Sekwencje myśli podczas ostrej kłótni o pieniądze między parą kochanków” (145x60 cm, olej i lakier na płótnie).

Jest oczywiste, że tworzę rzeczy, które na prawdę mnie poruszają, próbuję unikać przedmiotów, o których tylko wydaje mi się, że jestem nimi zainteresowany. Nie jest tak łatwo rozpoznać, czym na prawdę jesteśmy zainteresowani. Nie interesuje mnie naśladowanie tak zwanej rzeczywistości, interesuje mnie stworzenie czegoś „gdzieś indziej” nawet wirtualnie, lecz wyhodowanego na emocjach – najlepszym w moim przypadku nawozie.




artykuły o artyście:

Norman Leto w Galerii Novej
autorka: Patrycja Musiał
Gazeta Wyborcza 13 grudnia 2007

- Traktuję Normana Leto jako obiekt lub część mnie samego - część, która prawdopodobnie niedługo zginie - twierdzi autor wystawy, którą możemy oglądać w Galerii Nova.

Imię i nazwisko wybrał spontanicznie. Po prostu któregoś dnia, na jego skrzynce mailowej, pośród niechcianej poczty, pojawiła się przypadkowa wiadomość - jej autorem był Norman Leto. - Zwykły spam, ale pomyślałam, że brzmi całkiem nieźle - mówi artysta. - Ważne jest dla mnie przede wszystkim, że to całkowicie fikcyjna i przypadkowa postać.

Pseudonim był konieczny dla potrzeb jednego z projektów. - W 2006 roku zacząłem robić film o fikcyjnym, młodym, nieżyjącym już artyście nazwiskiem Norman Leto - opowiada artysta. - Ze względu na to, że nigdy nie chciałem wykorzystywać aktorów, wcieliłem się w jego rolę osobiście i historia zrobiła się autobiograficzna.

Pseudonim przylgnął do artysty i pod nazwiskiem Normana Leto pokazana została, w styczniu, w warszawskim CSW na Zamku Ujazdowskim, jego pierwsza indywidualna wystawa: "Negatywne skutki nadmiernej wolności w wieku lat 26".

Norman Leto nie ma wykształcenia artystycznego. Kręci filmy, maluje, nagrywa piosenki - działa w różnych mediach, starając się dopasować je do podejmowanego tematu, własnych emocji i potrzeb. Trzy obrazy, które zobaczymy na wystawie, powstały właśnie jako rekwizyty do filmu. Dwa szkicowo potraktowane kobiece portrety i mroczne płótno, zatytułowane "Nielegalni imigranci", które jednak nie odnosi się do kwestii społecznych, lecz nielegalnych związków chemicznych, krążących w ludzkiej krwi. W ogóle Leto deklaruje, że nie interesuje go sztuka zaangażowana, szuka inspiracji we własnych emocjach, ucieka przed czerpaniem z otaczającego świata, chce w swych działaniach wyjść poza niego. Jednym ze sposobów na to jest pisanie skryptów komputerowych i kreowanie wirtualnej rzeczywistości. Efekty takiej strategii możemy zobaczyć w Galerii Nova, oglądając film 3D przygotowany przez Leto.

Pomimo tego, że wystawa jest niewielka (trzy obrazy i dwie projekcje), widać, że Leto w swojej pracy jest spontaniczny i różnorodny. Prezentowany materiał intryguje. Zaskakuje połączenie medium malarskiego z filmem, zrealizowanym całkowicie w technice 3D, ale jednocześnie irytująca jest nazbyt rozbudowana narracja, prowadzona za pomocą napisów na dole ekranu. Te dodatkowe informacje nie pozwalają się skupić na wizualności obrazu i jednocześnie rażą dosłownością przekazu. Artysta broni jednak swojej koncepcji twierdząc, że emitowany tekst to integralna część jego projektu.

Twórca w tym roku był zainteresowany głównie konceptualizmem i wideo, na rok przyszły ma zupełnie inne plany. - W 2008 r. chcę stworzyć serię wielkoformatowych obrazów - deklaruje. - Jednak najbardziej ze wszystkiego jestem zainteresowany mariażem technologii rzeczywistości wirtualnej ze sztuką.

Nie wiadomo, czy w tej sytuacji powołana do życia postać Normalna Leto przetrwa i będzie egzystować nadal, być może trafi do CV jako zamknięty projekt. - Fascynujące jest to, że w każdej chwili mogę zmienić tożsamość artystyczną - zaznacza Norman Leto. - Przybrać inne nazwisko, lub posługiwać się rzeczywistym.


ODKLEJENIE
autorka: Karolina Żaba
artPapier 1 stycznia 1 (97) / 2008 | sztuka

Low definition

Czy czujesz się jak eksperyment?” Nie należy oczekiwać, że Norman Leto poważnie odpowie na pytanie o to, czy tkwi w nurcie. Bo nie aspiruje do tego. Jeśli zapytać, co go w sztuce śmieszy, wymieni: pop, gender, queer, prowokacje, sztukę społeczną, zaangażowanie polityczne, religie, Duchampa, modne-niemodne, happening, to już było – nie było, antyglobaliści... i na koniec, z naciskiem doda: wannabie. Klasyfikowanie zjawisk pojawiających się na polu sztuki, nadawanie im etykietek, radykalne opiniowanie na pewno nie jest tym, co go interesuje. Jak mówi, „konkret zabija wszystko w tej dziedzinie, a teraz panuje zabawa w konkret i kategoryzację”. Żyjemy w epoce instant: nie ma czasu na powolne, spokojne dochodzenie do konkluzji i formowanie wniosków, wszystko musi być podane tu i teraz, żeby jak najmniej się wysilać; jak najmniej myśleć. Wszechobecne jest przekonanie, że najgorzej jest być niezdefiniowanym – czytaj nijakim.

Norman Leto nie odnajduje się w jakości high definition, jak pisze: „Brak konkretu czy wygenerowany od środka szum rodzi często nowe pomysły i jest zawsze odświeżający”. Stąd jego taktyka ciągłego uniku: bycie nieobliczalnym, wymykanie się kategoriom i opisom, która jest sposobem na pozostawienie sobie furtki do dalszych eksperymentów, pozwala zachować autonomię i niezależność. W czasach, kiedy nawet ogień można wygenerować na ekranie za pomocą sekwencji cyfr, Leto stara się uciec prostym definicjom i generalizacji – byle nie dać się sprowadzić do elementarnego wzoru, równoznacznego z utratą niepowtarzalności i autentyczności.

Odklejony

Z premedytacją ignoruje sprawy aktualne. To właśnie specyficzne „odklejenie”, wyabstrahowanie z otaczającej rzeczywistości, pozwala mu na badanie zachowań mas, włącznie z przeprowadzaniem symulacji komputerowych, bez niepotrzebnego zaangażowania. Odklejenie od rzeczywistości to główna oś twórczości Leto. Norman bowiem to, co robi, nazywa „sztuką uprawianą w przestrzeni psychologicznej”. „Jeśli masz jakikolwiek rdzeń osobowości, znajdziesz w środku ciekawszy krajobraz, niż to, co dookoła Ciebie” – to zdanie można nazwać wykładnią jego twórczości. Koncentracja na sobie i własnej percepcji jest dla Leto priorytetem nawet podczas portretowania innej osoby. W ten sposób, pomimo odtwarzania cudzych cech zewnętrznych, za każdym razem powstaje specyficzny autoportret Normana: „każdy portret może zatem wyglądać inaczej, jakby malowany przez innego obserwatora – wszystko to zależy od moich wewnętrznych warunków podczas portretowania kogoś. Końcowy efekt zawsze zależy ode mnie i portretowanego – nie jestem aparatem fotograficznym. (…) robię zdjęcie mojego umysłu w danej chwili”. Powstały efekt przypomina zatem nałożenie filtru, w tym wypadku jest nim usposobienie Normana Leto podczas pracy.

Puść kierownicę

Jeśli brać pod uwagę dokonane przez Ericha Fromma rozróżnienie na „wolność do” (pozytywną) i „wolność od” (negatywną), sztuka to wolność do ustanawiania sensów i znaczeń. Współczesny człowiek, żyjąc w świecie, gdzie wartością stał się indywidualizm, zyskał wolność w sensie pozytywnego urzeczywistniania swego „ja”, a więc ekspresji swych indywidualnych uczuciowych i zmysłowych możliwości. Wolność może jednak również prowadzić na rozdroża, jak mówił tytuł jednej z poprzednich indywidualnych wystaw Leto, prezentowanej w warszawskim CSW („Negatywne skutki wolności w wieku lat 26”). W skrajnych przypadkach istnieje zagrożenie, że wolność przerodzi się w permanentny stan negatywny, od którego chce się uciec – nierzadko w uległość, konformizm i podporządkowanie, dające poczucie bezpieczeństwa. Aldous Huxley twierdził, że wolność jest nieefektywna i przykra; że wolność to okrągły kołek w kwadratowej dziurze. W przypadku Normana Leto ta „wolność od” ma jednak znaczenie fundamentalne, przynajmniej jeżeli chodzi o takie dziedziny życia jak muzyka, malarstwo, film – gdzie, według artysty, nie trzeba się niczym przejmować. Każdy z jego obiektów w równym stopniu jest reprezentacją artysty, więc naprawdę nie ma znaczenia, co zostanie ostatecznie wybrane do prezentacji. Wszystkie zrobione przez niego rzeczy mają taką samą rangę. W wyniku takiej metody pracy osnową wystawy w art agendzie nova została piosenka „Buttes Monteaux”. Klip do niej jest w pewnym sensie efektem ubocznym prac nad innym projektem: „rozmyśliłem się z prezentacją tego (…) tuz przed wystawą, a wtedy zrobiliśmy z chłopakami próbę i nagraliśmy bez przygotowania utwór ‘Buttes Monteaux’. Muchy z pomieszczenia z Cobainem wykorzystałem do stworzenia delegatów w klipie do tej piosenki, który w ostatniej chwili trafił do galerii”. Istnienie potencjalnej możliwości nieskończonego przerabiania nie oznacza, że Norman opcję tę wykorzystuje w każdym przypadku: „właściwie to gramy zawsze od razu, nigdy nie wiemy, co to będzie, nigdy niczego nie poprawiamy (…), pozwalamy piosenkom brzmieć tak, jak zostały zagrane (…)”; „obrazów też nie poprawiam i przestałem się czymkolwiek przejmować w tej sprawie”. Nie przyjmuje żadnej strategii marketingowej, nie tworzy dla krytyki. Kwestie formalne schodzą na dalszy plan; celem jest ekspresja. Osiągnąć ją można tylko poprzez spontaniczność, odblokowanie się. Komfort wynikający z braku presji, by osiągnąć sukces i chęci rywalizacji jest tym, co stanowi o przewadze Leto nad pozostałymi: artysta osiąga łatwość tworzenia za pomocą praktycznie każdego medium, którego spróbuje, nie ważne czy akurat maluje, pracuje nad wizualizacją czy nagrywa wideo. Mówi, że „na bycie desperatem przyjdzie czas”. Na razie chciałby po prostu wejść, zrobić swoje, wyjść. Uniknąć powtarzania się, wyeksploatowania. Na pytanie: „Czego nie chciałbyś osiągnąć? Co byłoby dla Ciebie porażką? odpowiada: wpaść w jakąś koleinę czy coś w tym rodzaju.”

Underground. Understatement

Goethe powiedział: „Artysto, twórz, nie gadaj!” Zgodnie z tym postulatem Norman nie inwestuje w PR, o nim samym i za niego ma mówić jego sztuka. Daleko mu do manii wielkości: nie czuje się komfortowo podczas wywiadów, nie pisze manifestów. Twórczość jest jednocześnie projektorem rzutującym emocje z wnętrza, jak i parawanem, za którym się kryje. Nie atakuje swą osobą, by za wszelką cenę zaistnieć. Jest go nawet za mało, z kolei ta anonimowość budzi ciekawość i intryguje. Niechętnie wyjaśnia.

Z odbiorcą komunikuje się poprzez połączenie elementu wizualnego z przekazem czysto werbalnym. Tak więc w novej mamy piosenkę „Buttes Monteaux” z klipem, „Fragmenty scenariusza” wyświetlane na ekranie telewizora (przewijające się numerowane wersety wzbogacone elementem ilustracyjnym w postaci animacji komputerowej) i uzupełniające całość trzy płótna. Zdecydowanie udało się uniknąć przerostu formy nad treścią. Wszystko zdaje się być świeże i niezmanierowane. Efekt jest osiągnięty za pomocą minimum środków: zawężona kolorystyka obrazów, tekst prezentowany na oldschoolowym sprzęcie, ascetyczny klip, czyli żadnych fajerwerków, bez feerii kolorów.

Klip, prezentowany w największym pomieszczeniu galerii, składa się z trzech biegnących równolegle ścieżek: muzyki, wizualizacji i pojawiającego się w dolnej części ekranu tekstu. Wydaje się, że każde z nich biegnie swoim torem (co nie dziwi, biorąc pod uwagę sposób, w jaki te składowe zostały połączone – „piosenki puszczamy na wystawach, albo dodajemy do filmów, do których potrafią nie pasować”. Trzy ścieżki jednak zbiegają się, jeżeli wziąć pod uwagę post-grunge’owy klimat piosenki, plakat z włosami Cobaina, pojawiający się w kilku ujęciach oraz oczywiście rozpatrując wymowę i przekaz całości. Ekspresji językowej towarzyszy dopełniające „znaczące milczenie” czy też niedomknięcie. Każdemu dana jest możliwość osobistego dokonania dekonstrukcji tej twórczości.

Czy jesteś delegatem?

Prezentacja w novej porusza kwestie czysto egzystencjalne, prowokuje do stawiania sobie fundamentalnych pytań. Chyba najwyraźniej zarysowanym problemem całego pokazu jest zagubienie współczesnego człowieka, brak autentyczności. Wszystko sprowadza się do poszukiwaniu mitycznego sensu. Pozostaje ślepe podążanie za tłumem, które w istocie jest pułapką, kolejne cele systematycznie tracą na wartości wraz z pojawieniem się następnych, bardziej atrakcyjnych. Leto wytyka konformizm „z początku XXI wieku”, odcięcie się od swojego prawdziwego „ja”, przyjęcie cudzych wartości i miar za jedyne właściwe, ślepe podążanie za tłumem – „delegatami” – określeniem w tym kontekście pejoratywnym. Norman Leto zadaje pytanie, nad którym wcześniej zastanawiał się Fromm: czy potrzeba wolności jest sprzężona z instynktownym pragnieniem ograniczenia tej wartości? Każdy musi rozważyć, czy to, do czego zmierza, za czym się ugania, ma sens. I na koniec, już po wyjściu z wystawy, zostaje z pytaniem zaadresowanym do siebie: czy jestem delegatem?

Norman Leto, „Piosenka Buttes Monteaux wraz z klipem i trzy obrazy olejne”. art agenda nova, Kraków, ul. Kochanowskiego 10, 23 listopada – 31 grudnia 2007.